#515054 08.04.2010 00:00:16
Prof. Bauman: Miłość nie jest 'cool'
Rozmowa z prof. Zygmuntem Baumanem - socjologiem, filozofem, eseistą, autorem wielu książek na temat współczesnej kondycji świata i człowieka
Czy w dzisiejszym świecie jest miejsce na to, co sentymentalni pisarze nazywają 'prawdziwą miłością' - wzniosłą, bezinteresowną, dozgonną?
W moim świecie takie miejsce się znalazło. A ściślej mówiąc, zostało stworzone, choć nie bez wysiłku, i obronione przed najazdami. Nie wmawiam sobie, że jest ten przypadek wyjątkiem. Nie mylmy statystycznych trendów, kulturowych preferencji, norm zachowania z 'prawami historii' czy jakkolwiek inaczej nazwanym musem, któremu ludzka rogata dusza nie mogłaby się przeciwstawić.
Miłość może być przeżywana jako prawdziwa na liczne sposoby, ale jeśli człowiek chce i jeśli z uporem to realizuje, to dla każdego ze sposobów jest w każdej epoce miejsce. Tyle że każda epoka jest dla jednych sposobów gościnniejsza niż dla innych. Jedne rośliny przyjmują się lepiej i bujniej kwitną na glebach zasadowych, inne na kwaśnych. Ale jak się człowiek uprze, to wonną różę i na piaskach wyhoduje.
Pytam, bo pisał pan, że seks i związki intymne stały się dziś sferą konsumpcji. Są tymczasowe, podatne na modę i marketingowe zabiegi. Czy sądzi pan, że ludzie odczuwają z tego powodu stratę? Miłość romantyczną wymyślono przecież w średniowieczu. Być może więc to tylko produkt epoki historycznej, która przeminęła...
To prawda, uznaje się zazwyczaj za narodziny miłości romantycznej zawodzenia średniowiecznych trubadurów. Na jej wizję składają się jednak dwa założenia, które można znaleźć już w Platonowej 'Uczcie' - że wśród milionów dusz kryje się gdzieś ta jedna, jedyna, z wszystkich najwspanialsza i dla mnie przeznaczona, i że winienem ją odnaleźć oraz dochować jej wierności dozgonnej...
To także prawda, że oba te założenia straciły dziś sporo ze swego społecznego autorytetu, a jeszcze więcej ze swej popularności. Czy się przez to gdzieś w zakamarkach świadomości lub podświadomości (zwłaszcza młodych) rzadziej dziś kołaczą i czy rzadziej są przedmiotem marzeń, trudno orzec. Nagabywani przez ankieterów ludzie skłonni są zdawać egzamin z bycia na czasie - mówić nie to, co czują, ale co jest w danej chwili 'cool'; zaś miłość skupiona na jednej tylko osobie, i to na wieki, stanowczo nie jest 'cool' w naszych czasach, uznających pogoń za nowymi doznaniami za przepis na życie szczęśliwe. Anthony Giddens pierwszy wśród socjologów odnotował zmierzch miłości romantycznej i tendencję do jej zastąpienia modelem miłości 'współbieżnej' (ang. confluent). Partnerzy nie spodziewają się już po niej trwania 'aż śmierć ich rozdzieli', ale do czasu, gdy satysfakcja, jaką się z niej czerpało, wyczerpie się do reszty lub skurczy na tyle, by się nie umywać do radości obiecywanych przez innych partnerów. Podobnie jak pan Giddens uznał, że nad tą przemianą nie ma co łez ronić - w końcu zwiastuje ona wyzwolenie od pęt krępujących przyszłe wybory. Dodałbym, że w świecie migotliwych szans o motylim żywocie śluby na wieczność nie są propozycją ponętną. Ale dodałbym także, że wymieniając wzór romantyczny na model miłości 'współbieżnej', coś się wprawdzie zyskuje, ale coś się też traci (jak twierdzą Anglicy, nie ma darmowych lunchów). Choćby, błogie wszak, poczucie pewności i bezpieczeństwa. Do zawarcia 'współbieżnego' związku trzeba zgody dwojga partnerów; do jego zerwania wystarcza decyzja jednego. Żaden z partnerów nie może spać spokojnie: a co, jeśli to on(a) pierwszy(a) zdecyduje, że za płotem trawa zieleńsza?! Naszpikowanie związku podobnymi niepokojami czyni go jeszcze kruchszym. Partnerzy zmożeni lękiem nie zechcą się przywiązywać zbyt mocno, by mniej ich zabolało, gdy więzy będą zrywane.
Rozmowa z prof. Zygmuntem Baumanem - socjologiem, filozofem, eseistą, autorem wielu książek na temat współczesnej kondycji świata i człowieka
Czy w dzisiejszym świecie jest miejsce na to, co sentymentalni pisarze nazywają 'prawdziwą miłością' - wzniosłą, bezinteresowną, dozgonną?
W moim świecie takie miejsce się znalazło. A ściślej mówiąc, zostało stworzone, choć nie bez wysiłku, i obronione przed najazdami. Nie wmawiam sobie, że jest ten przypadek wyjątkiem. Nie mylmy statystycznych trendów, kulturowych preferencji, norm zachowania z 'prawami historii' czy jakkolwiek inaczej nazwanym musem, któremu ludzka rogata dusza nie mogłaby się przeciwstawić.
Miłość może być przeżywana jako prawdziwa na liczne sposoby, ale jeśli człowiek chce i jeśli z uporem to realizuje, to dla każdego ze sposobów jest w każdej epoce miejsce. Tyle że każda epoka jest dla jednych sposobów gościnniejsza niż dla innych. Jedne rośliny przyjmują się lepiej i bujniej kwitną na glebach zasadowych, inne na kwaśnych. Ale jak się człowiek uprze, to wonną różę i na piaskach wyhoduje.
Pytam, bo pisał pan, że seks i związki intymne stały się dziś sferą konsumpcji. Są tymczasowe, podatne na modę i marketingowe zabiegi. Czy sądzi pan, że ludzie odczuwają z tego powodu stratę? Miłość romantyczną wymyślono przecież w średniowieczu. Być może więc to tylko produkt epoki historycznej, która przeminęła...
To prawda, uznaje się zazwyczaj za narodziny miłości romantycznej zawodzenia średniowiecznych trubadurów. Na jej wizję składają się jednak dwa założenia, które można znaleźć już w Platonowej 'Uczcie' - że wśród milionów dusz kryje się gdzieś ta jedna, jedyna, z wszystkich najwspanialsza i dla mnie przeznaczona, i że winienem ją odnaleźć oraz dochować jej wierności dozgonnej...
To także prawda, że oba te założenia straciły dziś sporo ze swego społecznego autorytetu, a jeszcze więcej ze swej popularności. Czy się przez to gdzieś w zakamarkach świadomości lub podświadomości (zwłaszcza młodych) rzadziej dziś kołaczą i czy rzadziej są przedmiotem marzeń, trudno orzec. Nagabywani przez ankieterów ludzie skłonni są zdawać egzamin z bycia na czasie - mówić nie to, co czują, ale co jest w danej chwili 'cool'; zaś miłość skupiona na jednej tylko osobie, i to na wieki, stanowczo nie jest 'cool' w naszych czasach, uznających pogoń za nowymi doznaniami za przepis na życie szczęśliwe. Anthony Giddens pierwszy wśród socjologów odnotował zmierzch miłości romantycznej i tendencję do jej zastąpienia modelem miłości 'współbieżnej' (ang. confluent). Partnerzy nie spodziewają się już po niej trwania 'aż śmierć ich rozdzieli', ale do czasu, gdy satysfakcja, jaką się z niej czerpało, wyczerpie się do reszty lub skurczy na tyle, by się nie umywać do radości obiecywanych przez innych partnerów. Podobnie jak pan Giddens uznał, że nad tą przemianą nie ma co łez ronić - w końcu zwiastuje ona wyzwolenie od pęt krępujących przyszłe wybory. Dodałbym, że w świecie migotliwych szans o motylim żywocie śluby na wieczność nie są propozycją ponętną. Ale dodałbym także, że wymieniając wzór romantyczny na model miłości 'współbieżnej', coś się wprawdzie zyskuje, ale coś się też traci (jak twierdzą Anglicy, nie ma darmowych lunchów). Choćby, błogie wszak, poczucie pewności i bezpieczeństwa. Do zawarcia 'współbieżnego' związku trzeba zgody dwojga partnerów; do jego zerwania wystarcza decyzja jednego. Żaden z partnerów nie może spać spokojnie: a co, jeśli to on(a) pierwszy(a) zdecyduje, że za płotem trawa zieleńsza?! Naszpikowanie związku podobnymi niepokojami czyni go jeszcze kruchszym. Partnerzy zmożeni lękiem nie zechcą się przywiązywać zbyt mocno, by mniej ich zabolało, gdy więzy będą zrywane.